Że nie jestem fanką czekolady w ogóle to wiadomo - jestem świadoma, że dla niektórych te słowa to jak bluźnierstwo, ale cóż.. Wczoraj z samego rana grupka erazmusów się wybrała na zwiedzanie fabryki czekolady w Broc. Pogoda pierwszy raz średnia, odkąd tu jestem. Zimno, mało słońca, trochę deszcz padał - na szczęście w pociągu nie pada. Broc leży w okolicach Fryburga, góry jakieś wyższe mają niż tu. Przepiękne, ośnieżone szczyty, oszronione lasy - szczerze mówiąc nikt z nas chyba nie był przygotowany na takie okoliczności przyrody. Ale wspinac się nie wspinaliśmy, więc nie było tak źle. Ze szwajcarskich czekolad kojarzyłam jedynie Lindta i trójkątną Toblerone - ale cos więcej?? Trafiliśmy do fabryki Cailler-Nestle. Na początku uraczyli nas oldschoolowym filmem z czasów początku fabryki. Potem już ciekawiej - babeczka w 5 minut opowiedziała, czym ta czekolada się różni od innych (tym, że używają nie mleka w proszku jak Nestle, tylko płynnego mleka z alpejskich krów, a jakże!) i zachęciłą do spróbowania poszczególnych ingrediencji: orzechów kakowych z Wenezueli i Ekwadoru, prażonych orzechów laskowych z Turcji i skądś tam oraz migdałów z Hiszpanii. I od tej pory wycieczka zaczęła się wszystkim podobac! W kolejnej sali kilka obrazków na temat procesu produkcji, ale nie zatrzymaliśmy się tam na długo, bo w następnej sali na długiej szklanej ladzie stały wszelakiej maści czekoladki i czekolady do degustacji :) Studenci wszędzie są tacy sami - więc darmowego żarcia nie odmówią :) Ale trzeba przyznac, że naprawdę baaaardzo doobre były! I pod koniec wycieczki obowiązkowo wizyta w przyfarbykowym sklepiku. Trochę się rozczarowałam, że mały - w porównaniu ze sklepem w Aachen przy fabryce Lindta (tam też lepsze ceny mieli...) to jak mały bazarek...ale zakupy zrobione! Potem godzinka spaceru przez wioseczki w celu podziwiania widoczków - no jak już wspomnialam pogoda średnia, ale jakos nie zamarzliśmy. Bardzo byłam też zaskocznona soczyście zieloną trawą bądź co bądź w październiku. I strasznie słodkie są te dzwoneczki, które krowy noszą - tzn. z ich strony pewnie niekoniecznie, bo za każdym razem jak się schylają po kolejnego gryza trawska to im dzwoni.. non-stop, pewnie niektóre cholery dostają ale cóż, takie życie... Spóźniliśmy się na pociąg, ale dzięki temu mieliśmy czas na mały lunch. Ostatni punkt programu to powitanie krów w Semsales. Tam już sie całkiem jesienno-zimowo zrobilo - zaczal padac snieg z deszczem, brrr...Generalnie wygląda to tak, że we wsi ustawiają takie odpustowe straganiki z różnym lokalnym i nie-lokalnym shitem, namioty ze stołami - można kupic piwo, wino, cos tam cieplego do jedzenia, gra miejscowa orkiestra, a ludzie czekają przy drodze na procesję. I nagle pojawiają się pasterze odświętnie ubrani i krowy z wiankami na głowach i ogromniastymi dzwonami - i idą sobie, orkiestra gra, ludzie klaszczą, a turyści robią zdjęcia. W sumie ma to swój urok, ale trwa to 5 min, a czekaliśmy w ten ziąb chyba ze 20, więc... Ja zdążyłam jeszcze do sklepiku zajrzec z serami, żeby zakupic miejscowych wyrobów - jakiś z czerwoną skórką wytłaczaną w plaster miodu i kwaitki kupiłam: Mont Vully (chyba) - dobry, i coś tam de Semsales (na bank miejscowy) - ten był z kolei miękki i trochę nie za bardzo pachniał.
Po powrocie trafiłyśmy z Ayą na naszą nową sąsiadkę. Do tej pory wiedziałam, że jest z Chin, ale nie bardzo kojarzyłam jej imię. Wbrew pozorom to częsty problem tutaj - bo ludzie są z tak odległych miejsc, że cięzko jest zapamiętac imię, o którego istnieniu się wcześniej nie słyszało. W każdym razie okazało się, że moja nowa sąsiadka ma jakieś chińskie imię, ale ma też i europejskie - Sabrina. Bo Chińczycy tak mają - czasem sobie wybierają jakieś bardziej zachodnie imię. Co ciekawe chłopak Sabriny został przy chińskim. Mieszka 3 piętra niżej, więc jest tu częstym gościem. Zrobiłyśmy z Aya deskę serów i zaczęła się kulturowa rozmowa. Okazało się, że oboje pochodzą z miasta (oczywiście, nazwy nie powtórzę, już nie mówiąc o zapisie...), w którym mówi się najbardziej poprawną chińszczyzną, taką jaką mówią np. w TV - nawet w Pekinie mówią z jakimś tam akcentem. No więc od razu postanowiłam wrócic do nauki chińskiego, skoro mam takich wypaśnych nauczycieli pod nosem i czekam cierpliwie na zamówione podręczniki. Nie liczę na jakieś cudowne efekty, ale zawsze jakichś paru zwrotów się nauczę.
Z planów weekendowych to tylko pranie + basen i domowe spa ... a w poniedziałek znów do labu. Na szczęście przeklęty projekt w gigantyczną ilością barwników już się kończy i wreszcie zacznęnasze EPFLowe barwniki i elektrolity badac = oznacza to tyle, że już nie będę musiała tylu baterii na raz robic :)
1 komentarz:
hey madzia :P pozdrowionka i caluski :*
Prześlij komentarz