poniedziałek, 29 września 2008

Genève/Genf czy jak tam ją jeszcze zwą

Niedziela, 7 rano.. z trudem wstaję z łóżka.. pogoda taka sobie za oknem, ale coż - plan jest i nie chcę wyjśc na mięczaka. Dla obudzenia wybrałam wersję "A, przejdę się na dworzec!" i tuż po 9 byłam na dworcu. Bez szaleńst, trochę lepsze niż nasze Kielce :) tylko pani w okienku sympatyczniejsza - poradziła mi w jaki sposób korzystac z zakupionych przeze mnie zniżek. Na krótkie dystanse bardziej niż day-passy opłacają się zwykłe bilety (no ja mam demi-tariff, więc połowa ceny i wiadomo, że od razu w dwie strony:)) skombinowane z day-passem w obrębie danego miasta (autobusy, tramwaje, metra, łódki..). No i czekałam na pociąg - w międzyczasie wziuuuuu! i przejechało TGV. Zwolnił, jak przez stację przejeżdżał, ale i tak prędkośc imponująca. Się nie zatrzymał, bo nie jechałam z Lausanne, tylko z Renens (mój mały, sąsiednio-dzielnicowy dworzec, 30 min à pied). Od razu refleksja: rzut oka na tory-czy one się czymś różnią? tzn. te po których zasuwają "normalne" pociągi i te od TGV. Jak dla mnie, kolejowego laika - w ogóle! Na dobrą sprawę nie za bardzo różnią się też od naszych polskich: kamyczki, drewniane deski pod spodem...echh..a tu z LBN do KRK 6h pociągiem (to tylko możliwośc, ja wybieram busiki). Mój Interregio przyjechał oczywiście punktualnie -nie omieszkałam sobie zegarków zsynchronizowac. Przyjechał 2 min przed i elegancko o czasie ruszył w dalszą drogę. 2 klasa dla mnie OK - nie ma przedziałów, siedzonka są po cztery, jak do stolika. Od razu zainteresowanie wzbudzają ogromne okna, a raczej to, co za nimi. Trasa Lausanne-Geneve prowadzi prawie, że nad brzegiem jeziora - praktycznie tafli nie traci się z oczu cały czas..i oczywiście te góry po drugiej stronie...Zdjęc nie mam, bo pociąg naprawdę zapierniczał i wychodziły rozmazane. Trzymajcie kciuki, żebym się tu osiedliła, to będzie gdzie przyjeżdżac, żeby zobaczyc to na własne oczy. Widoki piękne, górskie zbocza poorane równymi rządkami winorośli. A propos szwajcarskiego wina - nie jest zbyt znane na świecie, prawda? Jak wino, to francuskie, chilijskie, kalifornijskie, australijskie, włoskie...a tu mówią, że szwajcarskie po prostu jest tak dobre, że Szwajcarzy wszystko sami wypijają :) Próbowałam, a jakże - ale zbyt dobra zabawa była, żeby głębiej zastanawiac się nad walorami smakowymi ;D Niecałe 40 min upłynęło stosunkowo za szybko - fantastyczna podróż, cichutko, szybko...
W Genewie już na dobre wyszło słońce - zapowiadał się super dzień. Ta wycieczka była moją pierwszą tu, więc nie ustrzegłam się przed błędami. Po pierwsze błędne założenie, że "gdzieś na pewno znajdę mapę centrum". W Dublinie podziałało: ulotko-mapę, w dodatku z zaznaczonymi miejscami must-go, must-see, znalazłam na pierwszym standzie koło przystanku. Dlatego też nie zaopatrywałam się w jakiś specjalny przewodnik - a na cholerę to dźwigac? Fakt, pół soboty poświęciłam na szukanie w necie rzeczy, które warto zobaczyc - przeglądałam fora, netowe przewodniki, odwiedzałam konkretne stronki muzeów czy innych takich. Zrobiłam listę i mniej więcej wizualnie ułożyłam sobie plan przestrzennie na terenie Genewy. A tu kiszka.... szukałam mapek dla turystów-sierot na dworcu i nie znalazłam. Trochę się spieszyłam , nie przeczę, że może przeoczyłam. Ale moim pierwszym celem była kwatera ONZ, do której wpuszczają o określonych godzinach. Wypadłam więc z dworca, wpadłam na przystanek i wsiadłam w pierwszą rzecz, która jechała w kierunku, który myślałam, że jest właściwy. Nie pomyliłam się!! Dowiozło mnie pod samo UN! Tylko wejście dla turystów było co prawda kawałek dalej, ale spoko. Po drodze doczepiło się do mnie dwóch Afrykańczyków - niestety, ich akcent nie pozwolił mi na przyswojenie nazwy ich kraju, tudzież głębszą konwersację. Szukali Muzeum Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksięzyca, a mi coś świtało, że to po drugiej stronie UN, więc poszliśmy razem. W połowie drogi, gdy zaproponowali skrót przez park, zapaliło mi się czerwone światło - i od tej pory wszyscy ludzie stali się dla mnie: a)terrorystami, b)zamachowcami-samobójcami (zwłaszcza, jak mieli torby i słabo określone cele pobytu w danym miejscu), c)handlarzami ludźmi, d)gwałcicielami, e)mordercami. Odetchnęłam z ulgą, jak zobaczyłam gmach UN i kilku solidnie wyglądających strażników. Miałam szczęście, bo rzutem na taśmę załapałam się na wycieczkę po angielsku. Szybka procedura bezpieczeństwa (paszport, drukowanie przepustki, itd.), krótki sprint do drugiego budynku i się zaczęło. Wycieczka trwała godzinę, przewodnik był bardzo interesujący :), grupa zmiksowana z całego świata (przewaga Japończyków, wiadomo), w sumie odwiedziliśmy kilka sal konferencyjnych, bo to normalne miejsce pracy, więc się za bardzo szwendac nie da, zreszta takeigo przewodnika, to się raczej nie chciało gubic, do ogrodów niestety wejśc nie można, ale uraczono nas historią ONZ i jego strukturą - czy wspominałam już o nieziemsko przystojnym przewodniku :D? Moim zdaniem warto odwiedzic to muzeum, zwłaszcza jeżeli się choc trochę interesuje sytuacją świata, historią. Za dużo dowiedziec się nie dowiedziałam, oprócz paru ciekawostek, ale generalnie dla mnie fajne. Krótka wizyta w sklepiku przymuzealnym (Boże, ostatnio zawsze w te sklepiki wdeptuję, choc wiem, że najczęściej tam shit pierwszej klasy sprzedają...no, w sumie bez przesady - nie taki straszny znowu ten shit, ale samo słowo "pamiątki" jakoś tak mi się dziwnie kojarzy). Szczerze mówiąc, potrzebowałam smyczy do kluczy do labu, więc zainwestowałam w piękną, niebieską ONZ-ową. Summa summarum: shit funkcjonalny. Przerwa na lunch w ogrodzie botanicznym, a potem spacerek do przystani. Trafiłam na pół-maraton genewski, więc dżiliardy ludzi wyległy na ulicę - kibicowac, rzecz jasna, chociaż biegaczy też było sporo. Ale oki - nadal bez mapy, orientuję się na standach rozstawionych w parku, poza tym szłam w kierunku Jet d'Eau - najwyższa w Europie fontanna, tryskająca na 140 m, symbol Genewy. Właściwie dlatego pojechałam tam w zeszły weekend, bo gdzieś czytałam, że zamykają ją na początku października i otwierają na wiosnę. Tyle że na wiosnę to mnie nie będzie tu raczej, więc ostatnia szansa. Uparłam się łódką przepłynąc na drugi brzeg, i cudem udało mi się - tu w ogóle łódki jak autobusy - co 10 minut, 4 linie, 4 różne przystanie. Oprócz tego można na rejs się wybrac (co mi uroczy pan kapitan zaproponował, bo on niestety, tylko kilka minut płynie, a ta łódka obok godzinę :) - ale wybrałam jego, z czego też był zadowolony). Na drugim brzegu szybko do Zegarka Kwiatowego - żadna rewelacja, spodziewałam się czegoś większego. Tak szczerze mówiąc, tutaj wszystko jakby w miniaturze - wszędzie blisko, mimo, że na mapie wydaje się, że kawałek spory. Zahaczyłam o katedrę (chyba standardowy punkt większości wycieczek ludzkości - jakieś miejsce kultu religijnego - zaskakujące, jak bardzo głęboko jest to zakorzenione - i jak szeroko!). Następny punkt to Muzeum Sztuk Pięknych. Genewa o tyle lepsza od Lozanny, że płaska jest, więc spacerek to naprawdę spacerek, a nie wypluwanie płuc i rzężenie przy wdrapywaniu się non-stop pod górę. Muzeum może pochwalic się Rembrandtem (szt. 1), Renoirem (szt. chyba ze 3), Pisarro (naliczylam 2), Van Gogh'iem (szt. 1), Picassem ( 1, ale tragiczny, naprawdę masakra -ja i moja siostra rysowałyśmy lepsze ludki jak miałyśmy 3 latka) - oprócz tego parę ciekawych rzeźb oraz instalacjami (czasem tak nowoczesne, że masakryczne, w stylu: gigantyczne płótno pomalowane całe na pomarańczowo - Hę:/?). Ach, odwiedziłam jeszcze Muzeum Historyczne w podziemiach tego samego budynku - i powiem tak: w porównaniu do polskich zbiorów, to fakt - mają starożytny Egipt, Etrusków, Grecję, Rzym - od średniowiecza to mamy już te same sprzęciory mniej więcej. Egipt - super, jestem fanką, uwielbiam wręcz Grecję, ale niestety, jak się było w Luwrze, to naprawdę ciężko teraz czymś zaskoczyc... a może już zmęczona byłam? Obok było Muzeum Historii Naturalnej, ale gdy od razu na wejściu przywitały mnie dwa węże zapaliło mi się kolejne czerwone światło, powróciły koszmary: a co będzie, jak będą mieli salę poświęconą... motylkom?? O NIE!!!!! Dziękuję, do widzenia, rzut oka na szkielet słonia i bye-bye! Zaraz obok Muzeum Zegarków - opcja zdecydowanie bezpieczniejsza... i fajnie by było, gdyby było otwarte... No to przejechałam się autobusem do centrum. Uliczki wyglądają na dośc snobistyczne, sklepy niczym z Champs-Elysees (wiem, kto byłby tu w siódmym niebie!!). Mały wypad na wysepkę i postanowiłam łódką skierowac się w stronę dworca. 
Mała dygresja - odwiedziłam tutejszego Maca. Zawsze odwiedzam, w jakimkolwiek kraju bym nie była. Cenowo - oczywiście, tak jak już czytałam - najdroższy Big Mac na świecie. Smakowo - brak odchyleń od normy. Zawczasu poprosiłam o sól, bo bałam się, że będzie jak we Francji - gdzie ich polityka zdrowego żywienia nie przewiduje w ogóle solenia żarełka w Macu. Pomijam okoliczności (zagubienie w Alpach, noc się zbliża, ja mam gorączkę i zdycham na tylnym siedzeniu) - tamten francusko-alpejski Mac był obrzydliwy, a kosztował niewiele mniej niż szwajcarski!
Wycieczkę zaliczam do udanych, chociaż na koniec przytrafiło mi się jeszcze szukanie w Lozannie jakiegoś miejsca, żeby rozmienic pieniędze na monetki (metro tylko monetki przyjmuje), a po godzinie 17 graniczy to z cudem. Dlatego kolejne postanowienie- jak wycieczki, to lepiej w sobotę :) Wszystko jest dłużej otwarte!

Brak komentarzy: